PORTUGALIA 2005 by Katarzyna & Krzysztof Krawczyk
28.09 - 11.10.2005
28.09 - środa
Wrocław
Od rana szykujemy się do wyjazdu. Wakacje tuż, tuż. Długo oczekiwane, wytęsknione. Zastanawiamy się z Kasią czy wszystko spakowane. Ważymy bagaże, bo przecież można wziąć do samolotu tylko 15kg i 10kg w bagażu podręcznym. Biorąc pod uwagę to, że w drodze powrotnej chcemy jeszcze zabrać pamiątkowe trunki i jedzenie to w drogę na wakacje nasz bagaż powinien ważyć mniej. Jest dobrze. Nie przekraczamy 15kg na głowę.
Dochodzi 13:00. Czas się zbierać. Wsiadamy do samochodu. Jedziemy na lotnisko (Wrocław-Strachowice). Po drodze zabieramy mojego tatę,
który odstawia nas na lotnisko. Aśka i Krystian już są. Stoją przed wejściem. Aśka pali papierosa. Idziemy na
odprawę. Mamy lecieć Ryanair'em do Londynu (Stanstead). Szybko zdajemy bagaż. Pożegnanie z Tatą i już czekamy aż samolot przyleci z Londynu. Czeka z nami spora grupa ludzi. Później okaże się, że właściwie wszystkie miejsca w samolocie są sprzedane. Spotykamy tu naszego sąsiada z bloku, który leci do pracy po krótkim urlopie w Polsce. Kiedy wsiadamy do samolotu zaczyna padać deszcz. Właściwie cały wrzesień był ciepły i pogodny. Uciekamy przed brzydką pogodą? To
mój i Kasi pierwszy lot liniami pasażerskimi (kiedyś jako dziecko leciałem jedynie małym samolotem "Wilga"). Zajmujemy miejsca i za chwilę jesteśmy w powietrzu. Przestawiam zegarek o godzinę do tyłu. Miło jest oszczędzić godzinę w ciągu dnia :-)
Londyn
Lądujemy na Stanstead około 16:30. Lotnisko robi wrażenie. Jest naprawdę spore. Mamy dwie godziny, aby się
odprawić na następny samolot do Porto (Ryanair). kiedy stajemy do odprawy okazuje
się, że stoją z nami kibice Benfiki Lizbona. Razem z Krystianem przypominamy sobie, że dzień
wcześniej Benfica grała mecz Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Chłopaki wracają do domu. My też kiedyś tak będziemy latać ...
Samolot odlatuje o 18:35 (15 minut poślizgu). Zapada zmrok. Czasem tylko przez chmury przebija zachodzące słońce.
Porto
Po 2 godzinach jesteśmy już nad Portugalią. W czasie lądowania kibole Benfiki śpiewają swoje piosenki. Przechodzimy przez odprawę.
Aśka ma problem, bo nie ma paszportu tylko stary dowód osobisty. Dla portugalskiej straży granicznej to coś nowego i przez 20 minut sprawdzają czy mogą ją wpuścić. W końcu wszystko jest jasne i jesteśmy w Portugalii. Na lotnisku
zaczynają się kłopoty. Jeszcze w Polsce zarezerwowaliśmy samochód przez internet. Cenowo - super oferta. Taniej nie było ( a przynajmniej nie znaleźliśmy). Jesteśmy umówieni na 22:30 więc czekamy. Mija już 23:00 a nikt nie przyjeżdża. Dzwonię więc na telefon alarmowy ale nie
mogę się dodzwonić. W końcu dodzwaniam się (jest 23:30). Okazuje się, że gość był na lotnisku, ale ze względów "paszportowych" nasza odprawa się przedłużała i on
myślał, że już nikogo nie ma. Pojechał więc do biura. To szczegół, że byliśmy umówieni na 22:30. Okazuje się, że musi
zabrać nas do biura (swoim samochodem) i tam dopiero odbierzemy auto. Biuro jest jakieś 5 minut jazdy z lotniska. Biuro należy do sieci Thrifty a wynajęliśmy samochód poprzez
www.economycarrentals.com.
Wyszło b.tanio - Renault Modus - 5drzwiowy - 13 dni - 217 EURO (w tym pełne ubezpieczenie FDW - Full Damage Waiver i od kradzieży). Jak się później okazuje autko sprawuje się naprawdę dobrze i dla 4 osób jest w sam raz.
... wróćmy jeszcze na lotnisko. Kiedy czekamy na samochód dowiadujemy się, że właśnie FC Porto przegrało u siebie mecz Ligi Mistrzów z Artmedią Petrzalka 2:3. To sensacja! Jesteśmy świadkami jak słowaccy kibice przyjeżdżają na lotnisko (średnia wieku 50 lat), a zaraz za nimi piłkarze. Słowacy świętują - Portugalczycy chodzą ze spuszczonymi głowami.
Z wypożyczalni jedziemy samochodem do schroniska młodzieżowego. Z lotniska to jakieś 15km. Docieramy tam przed pierwszą w nocy. Już z lotniska Aśka dzwoniła, że przyjedziemy spóźnieni (powinniśmy być przed północą, bo potem zamykają drzwi). Kąpiemy się i idziemy spać. To było długie popołudnie i wieczór.
29.09 - czwartek (urodziny Kasi)
Porto
Budzi nas piękne słonce. Otwieram okno. Pachnie oceanem. Widać go zresztą z naszego okna. Zapowiada się cudowny dzień. Nasz pierwszy dzień w Portugalii. Aśka z Krystianem już czekają na nas koło samochodu. Pakujemy się i ruszamy. Jedziemy na północ do Barcelos. Raz w tygodniu w czwartki odbywa
się tu ogromny targ. Chyba najbardziej znany w Portugalii. Można dostać praktycznie wszystko: owoce, warzywa, żywy drób, ubrania, buty, kosze plecione, sery, szynki, oliwki, suszone ryby i oczywiście koguty ... drewniane. Kogut z Barcelos to symbol, który spotkasz w całej Portugalii. To jak Lajkonik w Polsce. Barcelos jest oddalone jakieś 50km od Porto. Dojazd zabiera nam niecałą godzinkę.
Barcelos
Lubię chodzić po targowiskach. Staram się odwiedzać takie miejsca w każdym kraju gdzie jestem. To właśnie na targu toczy się prawdziwe życie. Tu można zobaczyć czym żyje dany kraj. Co ludzie jedzą? Jakie ubrania
się nosi? Jaki sport jest najważniejszy. Co siejemy? Co zbieramy? Wolimy chodzić w skórach czy w moherach? A słodycze? ...hm... tak, targ to raj dla łasuchów. Chodzimy po targu i obserwujemy. Robimy zdjęcia. Próbujemy oliwek, ciastek. Kupujemy owoce, sery. Wdychamy śmierdzący zapach suszonych płatów rybnych. Czujesz, że żyjesz! Czas na kawę.
Siadamy w knajpce. Pijemy kawę galao. Galao to kawa z mlekiem podawana w szklankach z grubego szkła. Podchodzisz. Mówisz: Galao. Na twarzy Portugalczyka pojawia się uśmiech. Uśmiech zrozumienia. Mój drogi kliencie. Widzę, że czujesz bluesa.
Braga i Bom Jesus do Monte
Z Barcelos jedziemy do Bragi. Z miasta widać wzgórze na szczycie którego znajduje się sanktuarium Dobrego Jezusa. Dojeżdżamy do sanktuarium pnąc się stromą
krętą drogą. Bardzo ładny zespół architektoniczny. Szczególnie polecam zobaczyć schody prowadzące do sanktuarium. Zwiedzamy i jedziemy dalej w górę na szczyt do Santuario do Sameiro - ogromnej
świątyni z przełomu XIX i XX wieku. Po drodze robi się nam miękko, kiedy mijamy pomnik Jana Pawła II. Zatrzymujemy
się na jedzenie. Rozkładamy się wśród drzew. Jemy i delektujemy się otaczającą nas przyrodą.
Szukamy jakiegoś taniego noclegu w Bom Jesus, ale okazuje się, że po sezonie te tanie pensjonaty są zamknięte. wracamy do Bragi. Dziewczyny zostają w samochodzie a my ruszamy z Krystianem w poszukiwaniu lokum. Trafiamy do centrum informacji
turystycznej. Dostajemy kilka tanich adresów. Pani pyta się nas czy jesteśmy ze Szwecji i czy przyjechaliśmy na mecz Pucharu UEFA. Tego dnia Braga gra właśnie mecz ze Szwedami. Już wiemy, że ten kraj żyje futbolem (my
zresztą też) i piłka nożna będzie nam towarzyszyć podczas całego pobytu w Portugalii. Mecz w Bradze nas nie interesuje, bo wieczorem Wisła gra z Victorią z pobliskiego Guimares...
Znajdujemy nocleg w cenie 25 EUR za pokój dwuosobowy. To chyba najtaniej w tym mieście. Zostawiamy bagaże i jedziemy w teren. Jest dopiero 15:00.
Guimares
Najpierw jedziemy do Citania de Briteiros - skupisko celtyckich ruin (otwarte codziennie 9:00-18:00). Warte odwiedzenia. Tam, pierwszy raz w życiu, dotykam dębu korkowego. Jedziemy
dalej. Po drodze widzimy spalone lasy i dym unoszący się nad wzgórzami. Lasy cały czas płoną. Podobno tego roku spaliło się 20% lasów portugalskich. Dojeżdżamy do Guimares. Dziś są urodziny Kasi. Zwiedzamy więc najpierw starówkę (przepiękne wąskie uliczki), a potem szukamy miejsca na uroczystą kolację. Kiedy dochodzimy do głównego placu w mieście, widzimy stojący tam telebim i gromadzących się ludzi. Większość z nich ma szaliki Victorii Guimares. Okazuje się, że na telebimie będzie bezpośrednia transmisja z Krakowa, gdzie Wisła gra z Victorią. Zajmujemy miejsca w pobliskiej restauracji i zamawiamy posiłek. Ludzi przed telebimem coraz więcej. Czas na rozpoczęcie meczu. Ku naszemu zaskoczeniu na ekranie pojawia się obraz z polskiej TV i słychać komentarz Szpakowskiego. A to niespodzianka.
Świętujemy urodziny Kasi, oglądamy mecz, jemy i pijemy wino. Portugalczycy robią nawet konkretny doping. Kiedy kelner dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, zaczyna się z nami przekomarzać. Wychodzimy jeszcze przed ostatnim gwizdkiem. Kiedy dochodzimy do samochodu słyszymy głośne okrzyki radości. Saganowski strzelił Wiśle bramkę. Wracamy do Bragi.
30.09 - piątek
Serra do Geres
Poranek. Na ulicach już spory ruch. Pakujemy się i opuszczamy naszą kwaterę i Bragę. Kierujemy
się do Paku Narodowego Da Peneda Geres. Pierwsza cześć drogi wiedzie przez lekko pagórkowaty teren. Kolejna to stromy zjazd w
dolinę rzeki Cavado (Rio Cavado). Przecinamy rzeką i wspinamy się do Geres, które jest centrum wypadowym w góry Serra do Geres. Nie mamy zbyt dużo czasu, więc robimy tylko spacer po Geres. Zatrzymujemy
się na śniadanie i kawę (ta kawa staje się już naszą tradycją) i jedziemy dalej. Decydujemy się pojechać drogami lokalnymi, aby szybko dostać
się do Vila Real.
Vila Real i Mateus
Droga do Vila Real ciągnie się niemiłosiernie. Jedziemy lokalnymi drogami. Są puste, ale kręte. Dodatkowo
ciągle z góry na dół. Nasza maksymalna prędkość to 90km/h. Ostatecznie po południu lądujemy w Vila Real i od razu kierujemy
się do Mateus. Tu zwiedzamy jedną z najpiękniejszych portugalskich rezydencji. Szczególnie wrażenie robią ogrody wraz z tunelem cisowym. To trzeba koniecznie zobaczyć. Decydujemy
się jechać dalej głównymi drogami. Ruszamy w kierunku Viseu. Wjeżdżamy w region Douro.
Douro i Guarda
Douro to region ciągnący się wzdłuż rzeki Douro. Tylko w tym regionie uprawia się winogrona z których później robi się Porto. krajobraz na zewnątrz to głównie winnice uprawiane na zboczach gór. W skale wykuwa się terasy. Na terasach sadzi
się winorośle. Tą skałą są łupki. Mają one silne właściwości absorpcyjne. Zimą, kiedy padają deszcze, łupki chłoną wodę. Latem w czasie suchym oddają wilgoć winorośli.
Trafiamy na winobranie. Właśnie robotnicy zjeżdżają z pola. Samochód załadowany po brzegi winogronem. Przez jakiś czas jedziemy za nimi. Wyprzedzamy i doganiamy kolejną furgonetkę. W niej siedzą inni robotnicy. Też zakończyli pracę przed weekendem. Sadzili lasy. W samochodzie widać jeszcze piniowe sadzonki. Dedukujemy, że pewnie
nasadzają lasy po pożarach. Robotnicy śpiewają i uderzają rytmicznie w wiaderka. Kiedy mijamy wioski, ludzie machają do nich i pozdrawiają. Mamy wrażenie, że Ci od nasadzania mają tu szczególne poważanie. Ich drzewka to nadzieja, że
niebezpieczeństwo już minęło.
Opuszczamy Douro, mijamy Viseu i kierujemy się na wschód do Guardy, miejsca naszego dzisiejszego noclegu. Guarda to ponoć najchłodniejsze miasto w Portugalii. Leży u podnóża najwyższych gór portugalskich - Serra da Estrela. Całe miasto położone jest na górze. Wygląda to tak, że dojeżdżamy do
miasta i zaczynamy wspinać się do góry stromymi ulicami. Centrum jest na szczycie. Dojeżdżamy na miejsce tuż przed zmrokiem. Znajdujemy nocleg w schronisku młodzieżowym (20 EUR za pokój 4-osobowy). Czas coś zjeść. Bez problemu znajdujemy przytulną rodzinną restaurację w centrum (10minutowy spacer ze schroniska). Bacalhau, czyli dorsz to narodowa ryba w Portugalii. Przyrządza się ją na wiele sposobów. Warto spróbować. Zaczynamy jednak od zupy warzywnej (w każdej restauracji smakuje inaczej). Następnie drugie danie i deser. Do tego oczywiście pijemy wino. Jest błogo.
1.10 - sobota
Serra da Estrela
Rano przechadzamy się po Guardzie. Wchodzimy do katedry. Wnętrze robi wrażenie. Niesamowita gra świateł. Trwa właśnie różaniec. Siadamy cicho w ławce. Obserwujemy. Chłoniemy niesamowitą atmosferę tego miejsca.
Wsiadamy do samochodu i ruszamy ku szczytom Serra da Estrela (taką samą nazwę nosi najsłynniejszy portugalski ser, który wyrabiany jest w tym regionie). Po drodze zatrzymujemy się na targu w Covilha. Robimy zakupy i ruszamy dalej. Pniemy sie stromą drogą ku najwyższemu punktowi - Torre (wieża). W ciągu kilku kilometrów wspinamy sie na wysokość 1900 metrów. Temperatura spada z 30 do 15 stopni. Torre to chyba jedyne miejsce w Portugalii, w którym czasami leży śnieg. Jest tu nawet wyciąg. Na górze spotykamy Polaków. Okazuje się, że pracują w Portugalii i właśnie są na weekendowej wycieczce. Robimy krótki spacer i zjezdżamy do Covilha. Stroma droga. Hamujemy silnikiem, ale i tak zaczynaja nam sie grzać hamulce. Śmierdzi spalenizną. Stajemy więc na postój. Czas na posiłek.
Castelo Branco
Ruszamy na południe. Chcemy dziś dotrzeć do Evory. Jedziemy autostradą (na tym odcinku jest bezpłatna). Po około 30 minutach dojeżdżamy do Castelo Branco. Parkujemy w centrum i wspinamy się wąskimi uliczkami do zamku. Jest leniwe, upalne popołudnie. Ludzie sprzątają obejścia domów. Właściwie możemy zaglądać do ich mieszkań, bo okna są na wysokości naszych oczu. Dochodzimy do zamku i idziemy na punkt widokowy Miradouro de Sao
Gens. Wspaniały widok na miasto i okolice. W dole widzimy pałac biskupi (Palacio Episcopal). Tam również chcemy dotrzeć. Krystian z Kasią idą do samochodu i podjadą pod pałac, a my z Asią schodzimy ogrodami prosto do pałacu. Kiedy spotykamy się na dole, decydujemy się na spacer do parku leżącego oboko pałacu. Chcemy odpocząć od upału. Siadamy w knajpce. Pijemy piwo (Sagres) i kawę. Obok nas tryska woda z fontann.
Evora
Jest już popołudnie a przed nami jeszcze około 200km do Evory. Ruszamy. Decydujemy, że jedziemy nonstop. Po drodze zaczynają się plantacje dębów korkowych. Wjeżdżamy w region Alentejo. Spalona słońcem ziemia i rosnące pośród niej dęby korkowe i drzewa oliwne. Tak to wygląda. Wśród dębów kręcą się stada owiec próbujące znaleźć coś do jedzenia. Jest bardzo gorąco i sucho. Kiedy zielenią się tu trawy? ... chyba zimą.
Jedziemy i oglądamy otaczające nas krajobrazy. To dla nas coś nowego. Stojące majestatycznie obdarte z kory dęby korkowe jakby rozpierzchnięte po tej niegościnnej ziemi. Około 19:00 dojeżdżamy do Evory. Początkowo szukamy noclegu na kempingu, ale cena jest wysoka. Próbujemy więc poszukać czegoś na starówce. Dzięki naszym dziewczynom udaje nam się znaleźć pokój 4-osobowy za 35EUR (Pensao Invicta obok kościoła św.Franciszka). Jesteśmy
już głodni. Idziemy jeść. Chodzimy jakieś 30 minut nie wiedząc na który lokal się zdecydować. W końcu siadamy w knajpie tuż pod oknami naszego Pensao. Ja z Kasią jemy lokalna potrawę. Przynoszą nam ogromny gliniany gar zupy w której pływają kawałki chleba. na osobnych talerzach dostajemy dorsza. Jemy zupę zagryzając dorszem i popijając wino.
2.10 - niedziela
Evora
Wstajemy około 8:00. Dziś niedziela. Na zewnątrz jescze pustki. Pakujemy się. Wkładamy bagaże do auta. Ja idę na mszę do kościoła (Igreja de Sao Francisco). Mało ludzi. Choć Portugalia to
kraj katolicki, do kościołów chodzi podobno tylko kilkanaście procent ludzi.
Frekwencja w kościele to potwierdza. Na oko jakieś 40-50 osób. Głównie ludzie starsi. Po kościele siadamy na kawę i jedziemy na południe. Dziś naszym celem jest wybrzeże. Najpierw jedziemy do Os Almendres, gdzie znajduje sie 3 metrowy menhir (kto widział Asterix'a i Obelixa ten wie o co chodzi!). Na miejscu spotykamy ... Francuzów. Kawałek dalej pośrodku plantacji korowców stoi 95 megalitów. ... ktoś je tu przyniósł...
Alentejo
Jedziemy. Jest upalne niedzielne popołudnie. mijamy spalona ziemię Alentejo. Zatrzymujemy sie na chwile w Viana do Alentejo. Zwiedzamy malutki zamek górujący nad miastem. Ciekawostką jest stojący tu krzyż z Matką Boską w miejscu Chrystusa. Mijamy kolejne miejscowości. Na ich
przedmieściach napotykamy rozbite cygańskie tabory. Oczywiście wozy zostały zastąpione
zdezelowanymi samochodami i przyczepami kempingowymi.
Armacao de Pera
Dojeżdżamy do drogi IP1 i dołączamy się do tych co gnają z Lizbony nad morze. Około 16:00 jesteśmy już nad morzem. Decydujemy
się na nocleg w Armacao de Pera (na zachód od Albufeiry). Śpimy na kempingu w bungalowie. Polecono nam to miejsce jeszcze w Polsce. Jest po sezonie i płacimy 25EUR za domek. W sezonie trzeba zapłacić 70 EUR. Warunki naprawdę spoko. Jest lodówka, kuchenka, tv (tel. 282312260, fax. 282315379). Kemping nazywa się tak jak miejscowość i jest dość blisko centrum. Jakieś 2km przed miastem jest drugi kemping (Camping Canelas;
e-mail:turismovel@mail.telepac.pt), ale stamtąd odpadają spacery nad morze. Na obydwu kempingach są baseny.
Odkrywam, że obok naszego bungalowu rosną migdałowce. Właśnie jest czas zbiorów.
Trzęsiemy drzewkami i zbieramy orzechy. Łupiemy i wsuwamy migdały. Co za rozkosz.
Wieczorem idziemy na spacer. dochodzimy do morza. Piękna piaszczysta plaża. Idziemy wzdłuż brzegu. Później wchodzimy w głąb lądu. Siadamy. Portugalczycy oglądają oczywiście piłkę nożną w TV. Czas na kolację. Jemy i wracamy na kemping. Decydujemy, że zostaniemy tu na 2 noce.
3.10 - poniedziałek
Faro
Rano Krystian włącza TV. Widać, że dzieje się coś dziwnego. Czuć jakiś niepokój w powietrzu. Siadamy do śniadania. Okazuje się, że dziś jest zaćmienie słońca. W północnej części Portugalii nawet całkowite. Tu u nas tylko częściowe.Juz wiem skąd ten niepokój.
Ruszamy na wycieczkę do Faro. Światło jest dziwne. Niby dzień, ale jest wrażenie jakby było rozproszone, przydymione. Najpierw jedziemy do Loule. Okazuje się, ze to miasto niczym szczególnym sie nie wyróżnia, a pozostałości po zamku są naprawdę pozostałościami. Chcemy dotrzeć do Milreu (ruiny rzymskie). Dziś poniedziałek. Zamknięte. Ruiny widzimy zza płotu.
Dojeżdżamy do centrum Faro. To miasto jest jak nasze Międzyzdroju albo Sopot. Nawet w październiku jest tu mnóstwo turystów. Idziemy na szybki spacer po centrum. Wpadamy do kafejki internetowej. Wsiadamy do samochodu i wracamy na kemping.
Armacao de Pera.
Idziemy nad morze. Pływamy. Opalamy się. Jest październik. Morze ciepłe. Fale. Słońce praży. Super relaks. Tego nam było trzeba.
Późnym popołudniem wracamy na kemping. Jemy kolację i długo rozmawiamy pijąc wino i planując kolejne dni.
4.10 - wtorek
Carvoeiro
Opuszczamy kemping i kierujemy się głowną drogą wzdłuż wybrzeża w kierunku zachodnim. Dojeżdżamy do Carvoeiro, małej miejscowości wciśniętej między klify. Z centrum kierujemy się brzegiem moprza na wschód i docieramy do miejsca zwanego Algar Seco. Znajdują sie tu niezwykłe formacje skalne piaskowców, które schodzą prosto do morza. Jest to naprawdę malownicze miejsce. Kiedy tak stoimy na skrju skał i morza, nagle pojawia sie statek niczym z opowieści o odkrywcach nowych lądów. Niesamowite. Ciągnie by wsiąść na statek i płynąć. Odkrywać niedkryte.
Praia da Rocha
Ruszamy dalej. Jedziemy na zachód. Docieramy do Portimao. Przez przypadek lądujemy na stadionie. Boisko treningowe EURO 2004 ... niejeden klub chciałby mieć takie boisko treningowe. Dojeżdżamy do Praia da Rocha. Typowe miejsce turystyczne. Rzędy hoteli wzdłuż plaży. Niemcy, Angliicy, Holendrzy ... i my. Siadamy na kawę. Spacerujemy po plaży. Całe szczęście, że jest po sezonie i nie ma tłumów na plaży. W sezonie musi tu byźć strasznie. Jedziemy dalej.
Sagres
Przejeżdżamy przez Lagos i kierujemy się do Sagres. zmierzamy ku pd.-zachodniemu krańcu Europy. Dojeżdżamy do Sagres. Szukamy noclegu. Najpierw kemping, ale jest tu drogo , bo jedyny kemping należy do sieci ORBITUR (drogo!). Szukamy więc pokoi (quartos). Jest w czym wybierać. Decydujemy się na nocleg (samo wybrzeże) za 20 EUR za pokój 2-osobowy.
Idziemy na plaże (Praia da Mareta). Tu dopiero widzimy, co to są fale. Razem z Krystianem wskakujemy do morza i walczymy z falami. Bawimy się dzieci. Fale są naprawdę duże. My pośród nich, a za nami surferzy.
Cabo de Sao Vicente
Na zachód słońca jedziemy na sam płd.-zach. kraniec Europy oddalony 10km od Sagres. Stoimy na krańcu skały. Przed nami ocean. Wypatrujemy Nowego Jorku (he, he!). Zjechało się kilkadziesiąt osób. Są i Polacy. Polaków spotykaliśmy zawsze w punktach naj-. Najwyższy , najdalszy, ... Zachodzi słońce. Czuję nostalgię, wzruszenie. Nie wiem dokładnie jak nazwać to uczucie.
5.10 - środa
Sagres
Rano jedziemy do fortecy (Fortaleza de Sagres; wstęp: 6EUR). Forteca jest pięknie położona. Sam nie wiem czy jest warta pieniędzy, które za nią zapłaciliśmy. Miejsc z takimi widokami jest tu więcej, a
wartość architektoniczna i historyczna jest taka sobie. W fortecy pełno jest wędkarzy, którzy łowią ryby stojąc nad
kilkudziesięciometrowym urwiskiem. Biegają z miejsca na miejsce w poszukiwaniu ławic ryb. Ławice są. widać je bardzo dobrze nawet z wysokości urwiska. to niewiarygodne ile jest tych ryb.
Z fortecy jedziemy na mała plażę - Praia de Beliche. Cicha, spokojna. Mało tu ludzi i morze jakby spokojniejsze. Plażujemy. To raczej już ostatni dzień, kiedy mamy czas na kąpiele morskie i słoneczne. Po jakimś czasie Krystian wydaje się być znudzonym. Chodzi nerwowo. Wyszukuje sobie jakieś zajęcia. Falę są słabe i Krystian stwierdza, że jedzie na "wczorajszą" plaże, aby powalczyć z oceanem. Aśka jedzie z nim. umawiamy się, że za parę godzin podjadą po nas. Leżymy, pływamy, wypoczywamy. Błogie lenistwo.
Puszczamy Aśce sygnał z telefonu, żeby po nas przyjechali. Czekamy na drodze. Jest gorąco. Jadą. Kiedy dojeżdżają widzę, że Krystian ma niewyraźną minę. Coś jest nie tak.
Po chwili dowiadujemy się, że jego walka z oceanem zakończyła się klęską. Skręcona noga w kolanie. To chyba problem z łękotką. Aśka jest z tej branży, więc w
ciągu kilku godzin przeprowadza telefoniczne konsultacje. Będzie żył. Taka jest diagnoza. Jak najmniej wysiłku i zabieg (operacja - jak się później okazuje) po powrocie do kraju. W tym miejscu muszę napisać, że razem z Krystianem mamy (mieliśmy) plan, aby w drodze powrotnej z Portugalii pojechać do Manchesteru na mecz Anglia - Polska. Bilety na mecz już mamy. Kiedy dowiaduję, się o kontuzji Krystiana czuję, że na mecz pojadę sam. W ciągu kilku następnych dni moje przeczucie się potwierdza.
Wieczorem już tradycyjnie idziemy na kolację do knajpy. Kasia je pierwszego w swoim życiu kraba. Prawdziwa operacja. Dłuto, szczypce ... Później trafiamy jeszcze do baru okupowanego przez surferów. Jest ich tu sporo, a jest już po sezonie. W sezonie musi tu być niezły ścisk.
6.10 - czwartek
Zambujeira do Mar
Opuszczamy Sagres i kierujemy się na północ. Jedziemy wzdłuż wybrzeża. Jest przyjemny słoneczny poranek. Po drodze zajeżdżamy do Zambujeira do Mar. Podobno w sezonie są tu tłumy. Teraz na plaży jest może 10 osób. Miejscowość jest dość ciekwo położona. Leży na wzgórzu (skale) z którego jest strome zejście do morza. Wsiadamy do samochodu i jedzemy dalej.
Vila Nova de Milfontes
Tutaj stajemy na dłużej. My z Kasią idziemy na plażę a Krystian z Aśką jadą do miasta. Będą próbować konsultacji w sprawie jego kontuzji. Było to nasze ostatnie plażowanie w Portugalii. Później nie było już okazji.
Tu wieje już od morza chłodny wiatr. Czujemy się jak latem nad Bałtykiem. Śmiejemy się z tego. Rozmawiamy też o tym, co będziemy robić jeśli Krystian będzie chciał wracać do Polski.
Spotykamy się z Aską i Krystianem. Podobno z jego noga jest źle i on chce wracać do Polski. Musi jednak sprawdzić połączenia z Lizbony. Ach, te nasze przeczucia ...
Lizbona
Decydujemy się teraz jechać już do Lizbony. Mamy przed sobą jakieś 200km. Podróż mija szybko. Dopiero od Setubal zaczyna się robić tłoczno na drodze. Czujemy, że zbliżamy się do dużego miasta. Dojeżdżamy do Tagu i wjeżdżamy na Most 25 kwietnia (Ponte 25 de Abril) - opłata około 2 EUR.
Ogarnia nas uczucie podniecenia. Przed nami roztacza się widok na Lizbonę.
Jeszcze parę minut i już jesteśmy w jej sercu starając się dotrzeć jak najbliżej centrum.
Na początku jest to proste, ale im bliżej starego miasta (Dolne i Górne Miasto) tym robi się bardziej wąsko i ciasno.
Szukamy noclegu. Przez godzinę nie możemy znaleźć nic satysfakcjonującego, tzn dobra cena i dobre warunki.
W końcu zostawiamy Krystiana w aucie i idziemy szukać na piechotę. Znajdujemy nocleg koło dworca Rossio
w Pensao Iris (Rua da Gloria 2a/I) - 10EUR za osobę. Wracam po Krystiana. Parkujemy pod pensjonatem, choć nie jest to proste,
bo każdy wolny skrawek ulicy zajęty jest przez samochody.
Robi się już ciemno. Idziemy z Kasią na wieczorny spacer. Miasto robi na nas wrażenie. Żyje. Siadamy na kolację. Kiedy byliśmy w Lizbonie myślałem, że w Porto jest podobnie. Jednak w Porto się rozczarowałem.
7.10 - piątek
Lizbona
Decydujemy się zwiedzać Lizbonę osobno, tzn. my razem z Kasią a Krystian z Aśką.
Idziemy najpierw na targ (Mercado da Ribeira) koło Dworca Cais do Sodre. Krzątamy
się po stoiskach.
Zaglądamy, sprawdzamy, dotykamy i wąchamy. Uwielbiamy takie miejsca. Tu jest tlen. Tu jest życie.
Kupujemy owoce i cały woreczek suszonych papryczek piri-piri. Do dziś przypominają
nam smak Portugalii w czasie wspólnych
posiłków. Siadamy na kawę i ciastko w targowej knajpce. Usiąść i obserwować. To idealne miejsce. Wchodzą ludzie. Piją kawę.
Wychodzą. Wchodzą następni. Robią to samo. Kolejni. niby wszyscy tacy sami, ale każdy ma swoją historię. Widać to w jego
dłoniach, rysach twarzy, uśmiechu ...
Ruszamy w kierunku Górnego Miasta. Przechodzimy obok Convento do Carmo (klasztor Karmelitów). Przed wielkim
trzęsieniem ziemi w 1755r. była to największa świątynia w mieście. To co, z niej pozostało robi spore wrażenie. Idziemy dalej. Wchodzimy
do kościoła św.Rocha (Igreja de Sao Roque). W środku przepiękna kaplica św.Jana Chrzciciela z obrazami wykonanymi z
mozaiki.
Spacerujemy wąskimi uliczkami Górnego Miasta. Nocą te uliczki
wyglądały zupełnie inaczej.
Pełno było ludzi. Teraz w godzinach południowych ludzie pochowali się w knajpkach. Ruszamy dalej, w kierunku Alfamy,
o której tyle się nasłuchaliśmy. Alfama to najstarsza dzielnica Lizbony. Wąskie
uliczki, strome podejścia i mieszkańcy
tworzą niepowtarzalny klimat. Zapuszczamy się w ten labirynt i obserwujemy
codzienne życie mieszkańców. Mali chłopcy grają w
piłkę, a po chwili biegną o sklepu po butelkę Coca-Coli. W małym warsztacie
co najmniej siedemdziesięcioletni szewc rozmawia z
niedużo młodszą klientką. Gospodynie domowe wieszają pranie. Wszystkie te małe czynności budują serce tego wielkiego miasta.
Wracamy do hotelu. Spotykamy tam naszych znajomych i jedziemy razem do Belem. Odwiedzamy Torre de Belem. Robimy zdjęcia pod
pomnikiem Odkrywców (Monumento dos Descobrimentos). Później z Kasią idziemy do klasztoru Hieronimitów (Mosteiro dos Jeronimos).
Wchodzimy. Szok! Z głośników leci muzyka i słychać śpiew mnichów. nadaje to niepowtarzalny charakter temu miejscu. Kościół
jest przepiękny. Wspaniały przykład stylu manuelińskiego. Lepszy przykładem jest chyba tylko Batalha.
8.10 - sobota
Lizbona
Pakujemy plecaki do samochodu. Jedziemy pod stadion Sportingu. Piękny obiekt. Kiedy u nas takie będą? Kolejny przystanek.
Stadion Benfiki. Robimy zdjęcie przy pomniku Eusebio. Ruszamy dalej.
Sintra
Letnia rezydencja portugalskich królów. Pniemy się krętą drogą do w kierunku Palacio Nacional -
głównej atrakcji Sintry.
Parkujemy samochód i idziemy w kierunku pałacu (4,5 EUR). Stajemy przed pałacem i ze względu na goniący nas czas decydujemy
się nie wchodzić do środka (jeszcze tu kiedyś wrócimy!). Po drodze do samochodu siadamy na szybką kawę. Tu barman poleca nam
zwiedzanie posiadłości Quinta da Regleira (5 EUR). Nie mamy czasu, ale po drodze przechodzimy obok tego miejsca i
rzeczywiście robi wrażenie. Przepiękny park i ogród. Polecamy. Jest na liście Światowego Dziedzictwa kultury UNESCO.
Jedziemy samochodem do Palacio da Pena. Płacimy za wstęp do ogrodów (3,70 EUR). Do samego pałacu nie wchodzimy, ale wygląda
on specyficznie i jest jak piszą w przewodnikach "zbiorowiskiem kiczu".
Cabo da Roca
Z Sintry jedziemy przez Monserrate i COlares w kierunku Cabo da Roca, najbardziej na zachód wysuniętej części Europy.
Spotykamy tu Polaków zgodnie z zasadą, że rodacy odwiedzają wszystkie miejsca
naj... Robimy pamiątkowe zdjęcia i w drogę.
Jedziemy wzdłuż wybrzeża drogą N247. Spory ruch i nie da się szybko poruszać. Po drodze zajeżdżamy do Peniche, aby popatrzeć
na wystające z wody W-py Berlenga. Przed przyjazdem do Portugalii planowaliśmy płynąć na te wyspy.
Nazare
Ruszamy dalej na północ. Wiemy, że gdzieś w okolicach Leirii powinniśmy szukać noclegu. Trafia na nadmorskie Nazare.
Zajeżdżamy i z dziewczynami idę szukać noclegu. jest po sezonie. Ruch niewielki więc spory wybór. Dostajemy różne propozycje,
ale nas nie przekonują. W końcu dostajemy cały dom dla siebie za 40 EUR (oczywiście po negocjacjach). Na "naszym" osiedlu
spotykamy starsze kobiety, które suszą ryby na specjalnych siatkach. Ku naszemu zdziwieniu - mówią po angielsku. Rozmawiamy
chwilę o papieżu, turystach z Litwy, życiu...
Fatima
Jest godzina 17:00. Decydujemy się podjechać do Fatimy. Dojeżdżamy zaraz przed zachodem słońca. Idziemy do sanktuarium. Nie
jest to Jasna Góra. Pielgrzymów jest sporo, ale to nie ten rozmach co w Częstochowie. Jeśli ktoś szuka czegoś dla oka a nie
dla ducha to chyba nie warto przyjeżdżać. Niewątpliwie jest to miejsce na zadumę.
W Fatimie jemy kolację i ruszamy w drogę powrotną do Nazare. Po drodze dowiadujemy się, że Holendrzy pokonali Czechy w
eliminacjach do mistrzostw świata i oznacza to, że Polska jedzie na mistrzostwa. Wywieszamy szalik Polska za okno i jedziemy
tak do Nazare. Mecz 12.10.06 z Anglią będzie więc tylko formalnością, ale ja i tak tam jadę!
W domu włączamy TV i oglądamy z Krystianem inne mecze eliminacyjne. Zanosi się na sensację, bo Portugalia przegrywa u siebie
z Lichtensteinem 0:1. Dziewczyny decydują się na nocny spacer po Nazare. W trakcie tego spaceru są świadkami jak miasto
szaleje po bramkach na 1:1 i 2:1. Portugalia również zapewnia sobie awans.
9.10 - niedziela
Alcobaca i Batalha
...
Coimbra i Las Bucaco
...
Porto
...
10.10 - poniedziałek
Porto
...
11.10 - wtorek
Porto
...
Londyn
...
12.10 - środa
Londyn
...
Manchester
...
13.10 - czwartek
Londyn
...
Wrocław
...